Reklama

Polska

Blask dobra

Niedziela Ogólnopolska 42/2017, str. 27-29

[ TEMATY ]

rozmowa

bp Jan Chrapek

Krzysztof Tadej

Genowefa Chrapek – mama bp. Jana Chrapka

Genowefa Chrapek – mama bp. Jana Chrapka
Dodaj nasz portal do preferowanych źródeł Google
Artykuły z niedziela.pl będą pojawiać się częściej w Twoich wynikach wyszukiwania

KRZYSZTO TADEJ: – Tragedia wydarzyła się 18 października 2001 r. W tym dniu zginął Pani syn, bp Jan Chrapek.

GENOWEFA CHRAPEK: – Dowiedziałam się wieczorem. Przyjechał brat synowej i powiedział, że Janek miał wypadek samochodowy, nie żyje... Tego nie da się zapomnieć ani o tym opowiedzieć. O niewyobrażalnym bólu. Gdy matka usłyszy, że jej dziecko nie żyje, to co może być gorszego? Ale co mogłam zrobić? Zgodziłam się z wolą Bożą.

– Pan stawiał sobie pytanie: Dlaczego? Dlaczego odszedł człowiek, który czynił tak wiele dobra?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

MAREK CHRAPEK: – Pojawiało się pytanie: Dlaczego tak się stało? Brat miał zaledwie 53 lata. Był w pełni życia. I tyle miał jeszcze do zrobienia. Był biskupem radomskim przez 2 lata, ale ciągle miał mnóstwo pomysłów. Opowiadał, że chce założyć kolejne jadłodajnie dla biednych, domy samotnej matki, otworzyć drukarnię, kupić mammobus do wykrywania nowotworów u kobiet. Chciał zorganizować zajęcia artystyczne dla ubogich dzieci.

– Wiele osób wspomina bp. Jana Chrapka, podkreśla, że był wyjątkowy. Czy tę wyjątkowość zaobserwowała Pani, gdy był dzieckiem?

Reklama

G. Ch.: – Janek urodził się w 7. miesiącu ciąży. W niedzielę nad ranem. Był bardzo mały, taki mizerny. Zaraz go ochrzciliśmy. Na początku nie dawał znaków życia, ale jakoś pomału przeżył.

M. Ch.: – W tym czasie był to wielki wyczyn tego malutkiego organizmu. Nie było przecież inkubatorów. Urodził się tutaj, na wsi, w Skolankowskiej Woli, która kiedyś nosiła nazwę Józefin.

Reklama

G. Ch.: – Jako dziecko bardzo dobrze się uczył. Lubił czytać książki. Od maleńkiego był bardzo grzeczny. Pamiętam, jak kiedyś przyszedł do naszego domu ksiądz po kolędzie. Janek nie chodził jeszcze do szkoły. Ksiądz spytał go, czy potrafi się przeżegnać i odmówić pacierz. Syn stanął i pięknie wszystko powiedział. Ksiądz zostawił katechizm. Mówił, żebym przysłała Janka na naukę religii i że on go przygotuje do przyjęcia Pierwszej Komunii św. „Przecież jest jeszcze za młody, ma zaledwie 7 lat” – powiedziałam. Ale ksiądz odpowiedział, że trzeba wpierw myśleć o Panu Bogu, a nie o świecie, i że taki wiek nie przeszkadza. Minęło trochę czasu i ksiądz przepytał go z tego katechizmu, bardzo szczegółowo. Janek odpowiedział na wszystkie pytania. Ksiądz był zadziwiony. Tylko wyszeptał: „Idź jeszcze, mały Chrapeczku, do kościoła i pomódl się”. Potem Janek został ministrantem. Stale chodził do kościoła na Msze św. Od początku był bardzo pobożny, zresztą tak jak wszystkie moje dzieci. Nigdy nie miałam z nimi problemów. Marysia i Zosia są siostrami zakonnymi w zakonie michalitek. Kazik, niestety, zmarł 2 lata temu. Najmłodszy Marek jest dzisiaj moim opiekunem. Bardzo dobrym.

– Bp Chrapek nieraz podkreślał w wywiadach, że pochodzi z bardzo pobożnego domu.

G. Ch.: – Oczywiście, wszyscy chodziliśmy na niedzielne Msze św. W zimie czytaliśmy dużo książek, w tym wiele życiorysów świętych. A każdego dnia wieczorem klękaliśmy i razem odmawialiśmy modlitwy.

– Nikt się nie buntował?

G. Ch.: – Wie Pan, tak jak dzieci. Żartują, że trudniej było wstawać rano w sobotę na Godzinki.

– Jak się wtedy żyło?

G. Ch.: – Po II wojnie światowej było bardzo ciężko. Kiedy pobraliśmy się z mężem, nie mieliśmy dosłownie nic. Tylko zdrowie i te ręce. Sami postawiliśmy dom. A potem mieszkaliśmy w kuchni przez 2 czy 3 lata, bo nie mieliśmy pieniędzy na wykończenie pozostałych pomieszczeń. Gospodarstwo miało prawie 7 hektarów. Mąż poważnie zachorował. Trzeba było pracować w polu, dzieci wychowywać, gospodarzyć. Nie było maszyn, tylko konie. Nie mogliśmy nikogo nająć do pracy, bo nie było z czego zapłacić. Janek był najstarszym dzieckiem. I musiał pomagać. W żniwa jeździł w pole, snopki zwoził. Wszystko robił. Nie miał lekkiego dzieciństwa. Było bardzo biednie.

– Jak dowiedziała się Pani, że syn chce zostać księdzem?

Reklama

G. Ch.: – W naszym kościele odbywały się misje. W niedzielę moi chłopcy poszli rano na Mszę św., a ja później na Sumę. W kościele misjonarz powiedział, że uczeń z siódmej klasy złożył prośbę do Matki Najświętszej, że chce zostać misjonarzem. Wróciłam do domu i to opowiedziałam. A Janek z nieśmiałością przyznał się: „Mamusiu, to moja prośba”. Rozpłakałam się. „Pójdziesz do seminarium, a ja zostanę sama?” – pytałam. To były dla mnie trudne, dramatyczne chwile. Bardzo chciałam, żeby najstarszy syn został i zajmował się gospodarstwem. On wtedy z płaczem powiedział: „Mamusiu, ja będę przyjeżdżał na wakacje i wszystko zrobię”.

– Dlaczego wybrał zakon michalitów?

G. Ch.: – Kiedy Janek mówił, że chce zostać pustelnikiem lub misjonarzem, to napisałam o tym do męża, który był w sanatorium w Iwoniczu-Zdroju. Odpisał, że jeśli chce zostać księdzem, to niech tak będzie. Mąż mi napisał, że jeśli poradzi sobie z chorobą i będzie dalej żył, to jakoś sobie damy radę, a jeśli umrze, to, niestety, będę musiała przetrwać w biedzie. Napisał również, że niedaleko Iwonicza znajduje się dom macierzysty Zgromadzenia św. Michała Archanioła i żeby Janek zobaczył ten zakon. I tak się stało. Syn pojechał po raz pierwszy do Miejsca Piastowego w wieku zaledwie 14 lat. Na karteczce zapisał sobie nazwę miejscowości, gdzie musi się przesiąść na inny autobus, i pojechał. Bałam się, przeżywałam, bo przecież nigdy tak daleko nie wyjeżdżał. Ale co mogłam zrobić? Dzieci były bardzo małe, trzeba było zająć się gospodarstwem, a nie miał mnie kto zastąpić. Wszystko się jednak udało. Wrócił zachwycony.

– Pogodziła się Pani wtedy, że syn zostanie księdzem?

Reklama

G. Ch.: – Tak, i byłam bardzo zadowolona. Zrozumiałam, że całe swoje życie chce poświęcić Panu Bogu. Czy może być coś piękniejszego? Później 2 razy odwiedziłam go w Miejscu Piastowym. Raz, gdy przysłano zaproszenie, że zakonnicy wystawią misteria Męki Pańskiej. Drugi – gdy była wywiadówka. Wszyscy mówili, że Janek bardzo dobrze się uczy i są z niego zadowoleni. Ucieszyłam się tym.

– 3 maja 1975 r. Jan Chrapek otrzymał święcenia kapłańskie z rąk bp. Ignacego Tokarczuka. Potem skończył studia specjalistyczne na KUL-u, w następnych latach uzyskał tytuł doktora. Został mianowany prefektem w krakowskim seminarium księży michalitów.

M. Ch.: – Jak został księdzem, to od razu mocno zaangażował się w ruch oazowy. Księża michalici już przed nim się tym zajmowali, a on rozszerzył tę działalność. Do dzisiaj spotykam ludzi, którzy mówią, że byli na oazach organizowanych przez brata. A trzeba pamiętać, że były to zupełnie inne czasy. Ksiądz nie mógł sobie dowolnie wyjeżdżać z młodzieżą. Władze chciały to kontrolować, sprawdzać, kto uczestniczy w oazach. Część młodzieży bała się jechać. Brat, żeby jej nie narażać, chodził po cmentarzu i spisywał imiona i nazwiska. Potem rejestrował wyjazd z tymi danymi. Tak było na oazach w Krośnie, Jasieniu czy Dukli. Młodzi uczyli się nieznanych nazwisk, bo mogli być w każdym momencie skontrolowani. Dzięki temu ich prawdziwe pozostawały nieznane i nie można było wyciągnąć wobec nich konsekwencji, że wyjechali. Władze komunistyczne ciągle prześladowały brata. Wzywali go na milicję, kilka razy przesłuchiwali. Śledzili. Pilnowali, kto wchodzi do kościoła...

Reklama

– Kolejny ważny etap życia ks. Jana Chrapka zaczął się w 1981 r. Został wtedy rektorem słynnego Papieskiego Sanktuarium Maryjnego w Castel Sant’ Elia k. Rzymu. To wyjątkowe miejsce, w którym już w IV wieku osiedlali się pustelnicy.

M. Ch.: – Kiedy michalici dostali nową placówkę pod Rzymem, duża jej część była w ruinie. Brat opowiadał, że narkomani i pijacy urządzali tam sobie schadzki. Odnowienie i uporządkowanie wszystkiego wymagało dużo pracy. Pojechałem do tego miasteczka w 2006 r. Burmistrz pamiętał mojego brata. Podkreślił, że był zszokowany, bo w tak krótkim czasie zakonnikom udało się odbudować to miejsce pod względem nie tylko materialnym, ale przede wszystkim duchowym. Ludzie zaczęli przychodzić do sanktuarium i stało się ono ponownie miejscem kultu.

– Później o. Jan Chrapek został generałem zakonu michalitów, biskupem pomocniczym diecezji drohiczyńskiej, następnie toruńskiej i w 1999 r. biskupem ordynariuszem diecezji radomskiej.

G. Ch.: – Byłam bardzo szczęśliwa, gdy został biskupem. Choć wiedziałam, że będzie miał jeszcze mniej czasu. Był ciągle zajęty, zawsze coś robił. Niektórzy pytali, skąd ma tyle sił. Myślę, że od Pana Boga. Sam z siebie przecież tego wszystkiego by nie zrobił.

Reklama

M. Ch.: – Dla mnie był idolem. Różnica wieku między nami była bardzo duża, bo byłem młodszy o 17 lat. Był dla mnie kimś, kto wyrwał się z tej wsi, jak kiedyś mówiłem – „z tej dziury”. Teraz zmieniłem zdanie o mojej rodzinnej miejscowości, ale wtedy tak myślałem. Byłem dumny, że udało mu się skończyć studia, poznać 5 języków; bywał we Włoszech, Francji, w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Widziałem też, jak wielkim szacunkiem cieszy się wśród ludzi. Ale miałem też pretensje.

– Pretensje?

M. Ch.: – Mówiłem, że za mało czasu poświęca rodzinie, że jak przyjeżdża, to powinien dłużej pobyć w domu, odpocząć. Teraz myślę inaczej. Wiem, że jak podejmuje się jakąś misję, trzeba się do końca poświęcić i całkowicie zaangażować. On tak właśnie robił. Pamiętam też ważne słowa, które wypowiedział do niego tatuś, gdy brat został generałem zakonu. To było tylko jedno zdanie: „Im, dziecko, wyżej wychodzisz, tym niżej głowę noś”. Proste stwierdzenie, ale ile w nim mądrości.

Reklama

G. Ch.: – Przyjeżdżał rzeczywiście na krótko. Był 3-4 godziny, ale co to jest? Nigdy nie miał czasu. Ostatni raz był we wrześniu 2001 r. Pytałam: „Czy przyjedziesz na Wszystkich Świętych?”. „Przyjadę, mamusiu” – odpowiedział. Ale już nigdy nie przyjechał...
Kiedy z nim rozmawiałam, nigdy nie powiedział o nikim złe słowa. Nigdy. Według mnie, każdy powinien taki być. Potrafił dostrzec dobro w ludziach. Pomagał potrzebującym. Mówiłam mu, że dla mnie wszyscy są dobrzy. Może jeden znajdzie się zły na tysiąc. Ale to wyjątek.
M. Ch.: – Kiedyś przyjechał i zaczęliśmy rozmawiać o sprawach bieżących. W pewnym momencie mówię: „Wiesz, niektórzy uważają, że naciągają cię różni ludzie; że jesteś za bardzo otwarty, naiwny. Proszą cię o pomoc finansową i o inne wsparcie, a wielu to zwykli naciągacze”. Pamiętam jego odpowiedź: „Wolę, żeby mnie dziewięciu na dziesięciu naciągnęło, ale żebym nie pominął tego jednego, który naprawdę potrzebuje pomocy”. Mówił też, jak wiele jest osób potrzebujących. Nie chodzi tylko o rzeczy materialne, ale również o wysłuchanie i bycie z kimś w trudnych momentach. To, uważał, jest nieraz o wiele ważniejsze niż sprawy materialne. On potrafił słuchać ludzi. Jak się z kimś spotykał, to czas przeznaczał wyłącznie dla konkretnego człowieka. I cały był z nim. Bardzo często nie mieścił się w ramach czasowych. Rozmawiał z kimś, a potem ktoś jeszcze przychodził i chciał być wysłuchany. Jego otoczenie przypominało mu, że musi już jechać, że nie zdąży na uroczystości, spotkanie, a on dalej słuchał ludzi.
– Kiedy przyjeżdżał do domu, opowiadał o osobach, które poznał – np. o Matce Teresie czy Janie Pawle II, którego obserwował w czasie papieskich pielgrzymek? M. Ch.: – Raczej przekazywał krótkie informacje. Gdzie był, kogo spotkał. Ale raz rzeczywiście opowiadał o Ojcu Świętym. To było po pielgrzymce, podczas której Papież się przewrócił i skaleczył w czoło. Brat mówił, że pomimo zmęczenia Jan Paweł II po całym dniu poszedł do kaplicy i modlił się w nocy. Najpierw widział Papieża, jak siedział, a potem – jak 2 godziny modlił się na klęczniku. Tej nocy Ojciec Święty spał zaledwie 3 godziny. To zrobiło na moim bracie niesamowite wrażenie.

– Czy mówił o trudnościach, o kłopotach, które go spotykały?

G. Ch.: – Kiedy ogłosili, że będzie biskupem radomskim, to jakoś bał się tego Radomia. Nie wiem dlaczego.

M. Ch.: – Chciał poznać Radom. Często wychodził z kimś i odwiedzał różne dzielnice. A czasami było tam naprawdę niebezpiecznie. Kiedy objął biskupstwo w Radomiu, to miasto nie było bogate. Padł przemysł, było ogromne bezrobocie. To była młoda diecezja z ogromnymi wyzwaniami. Na początku miał ciężko. Ale ludzie szybko zobaczyli, jak bardzo angażuje się w różne inicjatywy, jak próbuje pomóc biednym.

– O Radomiu mówił: „To moje piękne miasto”.

M. Ch.: – Szybko zjednał sobie ludzi, bo zobaczyli, że to, co robi, jest szczere, że bardzo chce zmienić diecezję na lepsze. Zauważyli to nie tylko mieszkańcy Radomia. Kiedy pracowałem w Warszawie, opowiadali mi artyści, że na pierwszy koncert „Verba Sacra” w Radomiu nikt nie chciał przyjechać. Ale już na następne z niecierpliwością czekali, czy brat zadzwoni i ich zaprosi.
Umiał też dostrzec potrzebujących. Jak przyszedł do Radomia, to od razu się zastanawiał, jakie są najpilniejsze potrzeby ludzi. I szybko działał. Sądzę, że to wyniósł przede wszystkim z domu. A potem został dobrze ukształtowany przez opiekunów w zakonie.

Reklama

– Co chcieliby Państwo, żeby ludzie szczególnie zapamiętali z życia bp. Jana Chrapka?

M. Ch.: – Dla mnie ważne jest to, że był normalnym, zwyczajnym człowiekiem dla każdego. Nie biskupem, nie naukowcem, ale pozostał wrażliwym duszpasterzem. Pokazał, że trzeba spalać się jak świeca, to znaczy, że tak jak świeca można dawać światło i ciepło innym. Mówił, że trzeba próbować zrozumieć drugiego człowieka. Nie pouczać, ale być z nim w trudnych chwilach.
Myślę, że pozostawił po sobie wiele dobra. Bardzo się cieszymy z każdego śladu pamięci. Są szkoły jego imienia, nagrody, tak jak np. „Viventi Caritate”, czyli nagroda dla ludzi, którzy „przeżywają swoje życie z pasją wiary”. Wiele osób o nim pamięta. To, że dzisiaj Pan do nas przyjechał, a jest uczniem mojego brata, to przecież też znak tej pamięci. W różnych miejscach, w różnych okolicznościach nieraz spotykają mnie ludzie i pytają, czy jestem kuzynem bp. Chrapka. Mówią, że jestem do niego podobny. Odpowiadam, że to mój brat. I zaczynają się opowieści. Komuś powiedział coś ważnego w życiu, komuś pomógł. To znaczy, że zostawił po sobie wiele dobra.

Reklama

G. Ch.: – Ja stale odczuwam jego obecność. Chciałabym, żeby ludzie zapamiętali, jaki był. A był dobry. Mówiłam zawsze, że nie można nikomu robić krzywdy i trzeba żyć tak, jak Pan Bóg przykazał. I myślę, że Janek tak właśnie żył. Bo w życiu bardzo ważne jest to, żebyśmy czynili dobro. Jak coś dobrego się zrobi, to człowiek jakoś inaczej się czuje. Może wyjść o każdej porze i z każdym miło porozmawiać. Serdecznie, życzliwie. A jak się zrobi coś złego, to ma się wyrzuty sumienia i nie można z tym czekać, bo życie jest bardzo krótkie.
Nieraz wydaje mi się, że jeszcze niedawno stawałam na palcach, żeby na stole zobaczyć łyżkę. A teraz? Mam już 88 lat. Prawie nie chodzę i z każdą chwilą odczuwam, że trzeba będzie odejść z tego świata. Codziennie myślę o śmierci. Wiem, że jest już bardzo blisko. Ale odchodzę ze spokojem. Gdybym komuś coś złego zrobiła, to miałabym wyrzuty sumienia i bałabym się śmierci. A tak nie jest. Myślę, że dobrze wykorzystałam życie. Mam spokojne sumienie.

– Niektórzy mówią o bp. Janie Chrapku: „To było święte życie”.

G. Ch.: – A to niech Pan Bóg osądzi. Wielu opowiada o jego skutecznej interwencji w ich trudnych sprawach u Boga.

– Bardzo dziękuję za rozmowę.

2017-10-11 11:11

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Oceń: +1 -1 dodaj do źródeł Google

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Strażnicy „przestarzałych wartości”

Niedziela Ogólnopolska 12/2016, str. 36-37

[ TEMATY ]

wywiad

rozmowa

Grzegorz Boguszewski

Edmund Muszyński

Edmund Muszyński

Z Edmundem Muszyńskim i Mirosławem Widlickim o nowym szturmie na PAST-ę i walce o ideały Armii Krajowej rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Jest Pan, Panie Prezesie, jednym z nielicznych już, niestety, przedstawicieli pokolenia Armii Krajowej... EDMUND MUSZYŃSKI: – Jednym z ostatnich i coraz bardziej bezsilnych, nie tylko z powodu stanu zdrowia. Bardzo martwi mnie stan naszego AK-owskiego środowiska. Choć jest w nim wciąż jeszcze wielu ludzi prawdziwych, doskonale czujących przesłanie Armii Krajowej, to jestem bardzo zniesmaczony postawą tych, którzy od kilku już lat decydują o naszym Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Tak naprawdę trudno mi powiedzieć, kim są ci ludzie, bo na pewno nie rozumieją słów: „Bóg, Honor i Ojczyzna”. – Kim zatem są dzisiejsi członkowie Światowego Związku Żołnierzy AK? MIROSŁAW WIDLICKI: – W ostatnich latach rzeczywiście coraz trudniej to określić. I takie pytania zadają nam członkowie terenowych kół AK. Sprawa była oczywista w latach 90. ubiegłego wieku, gdy żyło jeszcze wielu dowódców AK, gdy wszyscy dobrze się znali i na ogół znali swoją przeszłość. Po 2000 r. szeregi poszerzały się o wolontariuszy – takich jak ja – niekombatantów, ale przybywało też członków kombatantów, których nie miał kto weryfikować i którzy następnie trafiali do władz różnych szczebli, również do Zarządu Głównego. – Czy częste są dziś życiorysy AK-owskie niedostatecznie uwierzytelnione? M. W.: – To przykre, ale krążą takie opinie, a te przypadki, nawet jeśli nie są zbyt częste, to i tak podważają wiarygodność całego związku. Poza tym w ostatnich latach, w czasach docierającej do nas liberalizacji, można zaobserwować odchodzenie związku od swoich ideałów. Gdy pan prezes Muszyński napisał piękną „Preambułę” do naszego statutu (aby przeciwstawić się tej liberalizacji), wywołało to protesty, Zarząd Główny przegłosował odrzucenie „Preambuły”. – Dlaczego? M. W.: – Dlatego, że była zbyt „bogoojczyźniana”, a teraz to nie na czasie. Dwadzieścia lat temu taka reakcja byłaby nie do pomyślenia. Bardzo więc stępiła się ta szczególna czujność, nawet w ludziach powołujących się na etos AK, a niedługo już nie będzie tych, którzy dziś starają się tę czujność budzić... – Światowy Związek Żołnierzy AK stara się jednak przekazać swą wartę następnemu pokoleniu, poprzez tzw. członków nadzwyczajnych... M.W.: – Ludzie młodsi, niekombatanci, jeśli deklarują przywiązanie do wartości i etosu Armii Krajowej i chcą czynnie i całkowicie bezinteresownie pracować w związku, by zaszczepić ten etos szczególnie w młodym pokoleniu, otrzymują status członka nadzwyczajnego – bez praw wyborczych. Po roku działalności i pozytywnej opinii prezes okręgu ma prawo nadać im status członka zwyczajnego – z prawami wyborczymi, lecz oczywiście bez uprawnień kombatanckich. Taki właśnie status ja posiadam. Mimo że jestem z młodszego pokolenia, to podobnie jak pan prezes Muszyński ubolewam nad odchodzeniem (mam nadzieję, że to wyjątki) od Boga, ale i z honorem jest różnie. E. M.: – Niedawno byłem bardzo zdumiony tym, że kilka osób przyjęło medale zasługi od... prezydenta Niemiec. Choć tego nie nagłaśniano. M. W.: – Prezydent Niemiec wręczył te odznaczenia powstańcom warszawskim, odpowiednio dobranym członkom naszego związku. Naszym zdaniem, przyjmowanie ich było co najmniej dwuznaczne moralnie i mogło budzić niesmak. E. M.: – Ja z zasady odmawiałem przyjmowania odznaczeń. Przyjąłem tylko Krzyż Armii Krajowej i Krzyż Partyzancki. – Kiedy, Panów zdaniem, zaczęły się te „budzące niesmak” zmiany? E. M.: – Moim zdaniem, widać je wyraźnie od czasu, gdy w Polsce zaczęli rządzić liberałowie, czyli Platforma Obywatelska. Wcześniej nikt w naszym środowisku nie ośmielał się kwestionować wartości, z których wyrasta etos AK. Nagle okazało się, że wszystko można wyśmiać, nawet splugawić, a w najlepszym razie przemilczeć. M. W.: – Dwa lata temu pewna szkoła przyjęła imię jednego z naszych bohaterów lotników i... na jej sztandarze zabrakło słowa „Bóg”, jest tylko „Honor i Ojczyzna”. Komuś przyszło do głowy, żeby tak ocenzurować sztandar. – Pytaliście, dlaczego tak się stało? E. M.: – Nie miał kto zadać tego pytania, bo na uroczystość nawet nas nie zaproszono. Może dlatego, że byśmy tam tylko przeszkadzali jako strażnicy „przestarzałych wartości”. M. W.: – Po prostu atmosfera poprawności politycznej trafiła pod strzechy. Decyzję w tej konkretnie sprawie najprawdopodobniej podjęli sami nauczyciele tej szkoły, może rodzice, a w najmniejszym stopniu młodzież. – Kłopoty z wypełnianiem misji ŚZŻAK nie polegają więc dziś tylko na tym, że odchodzą już ci, którzy swym życiem zaświadczali, czym jest hasło: „Bóg, Honor i Ojczyzna”... M. W.: – Faktem jest, że jeszcze kilkanaście lat temu, kiedy wśród nas była większa liczba dowódców o niekwestionowanym autorytecie, łatwiej było wypełniać tę patriotyczną misję w obronie najważniejszych polskich wartości. E. M.: – Istotnie, od kilkunastu lat nie tylko na tym polegają nasze kłopoty. Wystarczy tu przypomnieć perturbacje z zakładaniem Fundacji Polskiego Państwa Podziemnego, która miała być materialną bazą dla działalności ŚZŻAK. Kiedy zaczynaliśmy powoływać fundację w roku 1998, było jeszcze całkiem uczciwie... – Co to znaczy? E. M.: – Założycielami fundacji mieli być pospołu Światowy Związek Żołnierzy AK i warszawski Urząd Wojewódzki. W końcu jednak jedynym fundatorem został nasz związek. Tak się złożyło, że wybrano mnie na pierwszego prezesa fundacji. To było w czasie, kiedy kończyły się rządy Jerzego Buzka, a AWS tracił poczucie bycia partią uczciwą. Przygotowałem wtedy projekt statutu, potem kolejne, których z jakiegoś powodu długo nie chciano zaakceptować w Krajowym Rejestrze Sądowym. W końcu, po pokonaniu licznych kłód pod nogami, we wrześniu 1999 r. statut został zarejestrowany. Fundacja mogła więc wreszcie przyjąć darowiznę – czyli przejąć budynek PAST-y. Ale to nie koniec kłopotów. Prawdziwa walka dopiero się zaczęła. – Zaczęła się nowa walka o PAST-ę? E. M.: – Tak, i to równie zacięta jak ta w 1944 r. Od początku było jasne, że ktoś za wszelką cenę chce nam uniemożliwić przejęcie PAST-y, czyli jej nieodpłatne scedowanie przez Skarb Państwa na rzecz naszej fundacji. Państwo musiało wypłacić sowite odszkodowanie firmie do tej pory administrującej tym budynkiem tylko w zamian za to, że nie będzie ona pretendowała do tytułu własności. O ile pamiętam, było to 960 tys. zł – ostatnie pieniądze, które miał do dyspozycji premier Buzek przed podaniem się do dymisji. M. W.: – Gdyby nie to odszkodowanie, sprawa przez lata toczyłaby się w sądach, a z darowizny na rzecz naszego związku nic by nie wyszło. I tamta firma nadal by sobie pasożytowała na budynku PAST-y, podobnie jak czyniło to w innych miejscach wiele pokomunistycznych firm. – Można powiedzieć, że to pan prezes Muszyński ponownie odbił PAST-ę? M. W.: – Jak najbardziej, choć dzisiaj wielu się do tego przyznaje... E. M.: – ...a nie mają nawet bladego pojęcia, jak ostro wtedy było. Po zarejestrowaniu statutu zaczęła się wojna podjazdowa – i to na wielu frontach – mająca nam uniemożliwić przejęcie PAST-y. W urzędzie wojewódzkim zadziałał ktoś wpływowy; urzędnicy zaczęli mnożyć trudności, zwłaszcza wicedyrektor wydziału gospodarki ziemią i geodezji, który aby rzecz maksymalnie utrudnić, przygotował specjalne plany geodezyjne wręcz uniemożliwiające przekazanie nam działki, na której stoi budynek PAST-y. M. W.: – Działkę podzielono na dwie części – umyślnie w taki sposób, że część budynku PAST-y z windą wydzielono i przypisano do działki sąsiedniej! Chciano tak skomplikować sytuację prawną, by uniemożliwić, a co najmniej na bardzo długo odwlec przekazanie budynku Związkowi AK. To wszystko by się powiodło – bo ten chytry zabieg utrzymywano w ścisłej tajemnicy – gdyby nie to, że jedna z wysokich urzędniczek uczciwie ostrzegła pana prezesa Muszyńskiego, że coś takiego się kroi. E. M.: – To prawda. Nikomu o tym nie mówiłem, ale wtedy zacząłem osobiście atakować wojewodę. Umowę przekazania darowizny, oczywiście, przedłożyłem wcześniej radcom prawnym w Ministerstwie Skarbu Państwa. Nikt tam nie miał żadnych zastrzeżeń. Pojawiły się one potem nagle – zaczęto domagać się od nas kolejnych bezsensownych dokumentów. Do końca nie byliśmy pewni, czy podpisanie umowy w ogóle kiedykolwiek nastąpi, gdyż targi były niezwykle ostre. Strona przeciwna – na dobrą sprawę nie wiadomo kogo reprezentująca, nieżyczliwa – do końca miała chyba nadzieję, że do tego podpisania, mimo wcześniejszych uzgodnień, jednak nie dojdzie. Pomogły wspierające nas działania dyrektor Wydziału Skarbu Państwa i Przekształceń Własnościowych Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego Bożeny Grad, a szczególnie szefa Kancelarii Premiera Buzka ministra Mirosława Koźlakiewicza; przyszło polecenie od premiera, aby pan wojewoda podpisał dokument. To było 10 listopada 1999 r. – Miał Pan wówczas wielką satysfakcję, poczucie zwycięstwa? E. M.: – Tak, ale to poczucie trwało krótko, ponieważ już następnego dnia nie dostąpiłem zaszczytu uroczystego przejęcia budynku z rąk premiera Buzka... PAST-ę przejmował ówczesny prezes Światowego Związku Żołnierzy AK płk Stanisław Karolkiewicz, sam. Mnie zignorowano... Mimo że przecież byłem prezesem zarządu fundacji, adresatem całej korespondencji w tej sprawie, mimo że – powiem nieskromnie – przez wiele miesięcy sam walczyłem o PAST-ę. – Cóż, taki zawsze był w Polsce los prawdziwych, najbardziej zasłużonych AK-owców, Panie Prezesie. E. M.: – Pozostała mi tylko satysfakcja, że się udało, bo sam najlepiej wiem, że mogło się nie udać. – Ale zasłużył Pan chyba na wdzięczność AK-owskiego środowiska? E. M.: – No właśnie, najsmutniejsze jest, że tego nie jestem pewien... M. W.: – Obydwaj z Prezesem jesteśmy w komisji statutowej związku i tak się składa, że wszystkie nasze najważniejsze poprawki do statutu zostały w głosowaniu odrzucone, m.in. wprowadzenie do statutu „Preambuły” i przywrócenie może nie Rady Naczelnej, ale Rady Starszych (złożonej z kilku powszechnie szanowanych kombatantów), która dbałaby o kręgosłup moralny związku i zabierałaby głos w sprawach ważnych dla Polski, którego dziś brakuje. E. M.: – A ja mimo wszystko nie tracę nadziei, że w Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej zajdzie jakaś dobra zmiana. * * *
CZYTAJ DALEJ

Maria Montserrat Alvarado objęła kierownictwo Dykasterii ds. Komunikacji

2026-11-02 09:46

[ TEMATY ]

media

Watykan

Vatican Media

Montserrat Alvarado

Montserrat Alvarado

Dotychczasowa dyrektor EWTN News Maria Montserrat Alvarado, objęła 1 listopada urząd prefektki Dykasterii ds. Komunikacji. Jest pierwszą kobietą świecką na czele tej instytucji Kurii Rzymskiej. Nominację papieża Leona XIV można wiązać z nowymi akcentami w polityce informacyjnej Stolicy Apostolskiej - uważa Quentin Finelli w artykule na łamach portalu Tribune Chrétienne.

Alvarado pochodzi z Meksyku, a karierę zawodową rozwijała w Stanach Zjednoczonych. Ukończyła Florida International University i George Washington University. Przez 14 lat pracowała w Becket Fund for Religious Liberty, organizacji zajmującej się obroną wolności religijnej. Następnie kierowała EWTN News, międzynarodową siecią mediów katolickich założoną przez Matkę Angelikę.
CZYTAJ DALEJ

Podkarpackie: Zmiana zarzutów dla Ihora M. podejrzanego o zabójstwo księdza

2026-11-02 17:18

[ TEMATY ]

opactwo

Ihor M.

Adobe Stock

Prokuratura w Przemyślu rozdzieliła Ihorowi M. na pięć osobnych zbrodni stawiany dotychczas jeden zarzut zabójstwa i usiłowania zabójstwa czterech innych osób na terenie Klasztoru Sióstr Benedyktynek w Jarosławiu. Mężczyzna przyznał się i odmówił składania wyjaśnień. Wyraził żal. Grozi mu dożywcie.

Jak poinformowała w poniedziałek rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Przemyślu prok. Małgorzata Taciuch–Kurasiewicz, zmiana ma charakter techniczno-prawny.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję